Doniczka malowana farbą tablicową.

Nadszedł moment przesadzania sadzonek ostrej papryki, a że mam tego mnóstwo, to część trafiła do folk aka garden hipster wiader z pomidorami, ale zostało mi i tak kilka. No to pogrzebałam po zakamarkach i wynalazłam wstrętnie bladoróżową doniczkę. No to farba tablicowa, kreda, ziemia i o:

doniczka na papryczkę

doniczka na papryczkę

Miałam malować wiadra, ale zdecydowanie za mało chropowata powierzchnia. Tak więc pozostaje mi czekać, aż czas pokryje je szlachetną patyną. Czy czymś tam.  A doniczki na zioła spodobały mi się u tej pani, która w ogóle to fajne robi bambetle.  Na doniczkach można napisać, co w środku. Ale po co pisać, skoro można narysować.

 

 

 

Wieje wiosną

Och ach

Lubię wiosnę. Lubię to wyłażenie ze skorupy, stopniowe rozkręcanie się, działanie do którego zachęca mnie ciepło, lubię generować witaminę D, lubię nakręcać sobie fizjologicznie endorfiny. Tak sobie będę nakręcać i nakręcać, aż znowu mi sprężynka pęknie pod koniec sezonu i znowu się rozwinę i będę się zastanawiać pół roku, co się stało i kiedy i czy są na to jakieś leki. Meteopatia to się chyba nazywa. Albo inne szaleństwo.

Zebrałam listę książek przeczytanych przez ostatnie pół roku. No trochę tego jest, proszę państwa. I naprawdę nie wiem, kiedy zdążyłam. To ta komunikacja miejska, a zwłaszcza korki. No ale teraz już za ciepło na komunikację. A propos, zauważam znaczne zwiększenie liczby osób jeżdżących po mieście na rowerach. Codziennie w każdym miejscu widzę ich co najmniej kilkam mijam codziennie kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset rowerzystów jeżdżących utylitarnie, wcale nie rekreacyjnie. To jest kilkaset, a w skali całego miasta pewnie kilka tysięcy samochodów na ulicach mniej, mniejszy tłok w autobusach o te tysiące rowerzystów.

Czekam na moment w którym drogi rowerowe będą projektowane przez rowerzystów i z myślą o rowerzystach, bez absurdalnych zmian stron drogi znienacka, bez wystających w osi drogi słupków czy skrzynek. No ale do Kopenhagi czy innego Utrechtu to my jeszcze mamy daleko.

 

 

 

targi, książki, rowery, bajery

Targi.
Pojechałam wczoraj, objuczona jak ten osieł. Targi fajne, dużo przestrzeni w nowej miejscówce Stadion Narodowy!), nie było ścisku, atmosfera ok. Niestety, już nikogo znajomego tam nie widziałam. Zmienia się wszystko.

Pozbyłam się 20 egzemplarzy, wymieniłam na 8 ebooków.

A potem popatrzyłam na ofertę wydawnictw dla dzieci. Kupiłam Mapy Mizielińskich, kto zna Mamoko, ten wie, kto nie zna, ten poznać powinien.
I po sąsiedzku jeszcze stały Dzieci z Bulerbyn.
A potem, już schodziłam i wtem! widzę, że stoi sobie ulubiony nasz Findusek ze swoim staruszkiem, całkiem nowy, więc Finduska też do torby.

Spotkałam się z Jajkiem (Nowa ksywa) po drodze do domu
– co kupiłaś?
– książki dla ciebie. Jest nowy Findus.
– będę niósł!

I tak sobie niósł dumny i blady, dzierząc dzieło w obu rączkach, a kiedy mijaliśmy jakąś grupę ludzi, zakrzyknął do jakiegoś chłopca
– ty nie masz Findusa, tylko ja mam!
Na co chłopiec, ku konsternacji Jajka
– o Findus, my też mamy Findusa!
I tak sobie przy okazji porozmawialiśmy z rodzicami chłopca o literaturze, o targach i w ogóle.

 

Co warte odnotowania, to to, że dziś wreszcie zainaugurowałam kolejny sezon na dojeżdżanie rowerem do fabryki.

 

Btw, co czytacie swoim dzieciom i możecie polecić?

 

Naprawdę nie dzieje się nic

Balkon zrealizowany w wersji produkcyjnej. Jeszcze w ramach usprawnień podwrożeniowych dostanie 3 roślinki pomidorów, które nie mam pojęcia, w czym posadzić. Tzn mam pewien plan. Plan obejmuje blaszane wiadra, farbę tablicową oraz konieczność dokupienia kilkudziesięciu litrów ziemi.

Ale ale. W truskawkach wykiełkowały mi coś. Profilaktycznie nie wypieliłam z ciekawości. Dziś wyciągnęłam jedną z roślinek, poddając ją badaniu organoleptycznemu i co? Koperek!
Gwiazda zeszłorocznych upraw, core biznesu balkonowego anno domini 2012, już rok później został zdegradowany do roli smętnego chwastu w truskawkach.

Natomiast pośród mięty, oregano i chybatymianku wrzuciłam jakieś resztki nasion bazylii z paczki sprzed roku i mam wrażenie, że coś tam zaczyna kiełkować. Ale to nie koniec. Gdyż z zeszłorocznych korzeni wybijają się na niepodległość dwa silne lubczyki.
Wygląda na to, że roślinność w tym roku zafundowała mi kumulację. No i jak dotąd mrówki nikogo nie sprowadziły. Jeśli zbierają siły żeby zaatakować rośliny bardziej odhodowane, to ja będę gotowa. Będę psikać wywarem z czochu pod ciśnieniem.

Książki.
Ciągle chodzi za mną napisanie paru słów o „Mistyce kobiecości” Betty Friedan. Tym bardziej, im bardziej widzę w Polsce ad 2013 te same mechanizmy, które wypychały amerykańskie kobiety z rynku do domów w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. A to nie jest dobrze.
Sama złapałam się, na ciążowo-macierzyńskim będąc, na ten lep. Pieczenie własnego chleba (z hodowlą zakwasu, kupowaniem specjalnych mąk, celebracją każdego bochenka), robienie od podstaw makaronu, jogurtu. Wszystko to jest bardzo fajne i bardzo przyjemne jako hobby, ale potwornie upierdzielające jako zinternalizowany obowiązek. No ale to znowu nie dzisiaj. Dzisiaj jadę wymienić papier na dane, książki na ebooki. O.

Mam też ochotę zabrać młodego do fotelika i wybrać się na masę krytyczną. Żeby nie było, masę krytyczną to osiągnęłam już dawno i to bez roweru. Albo na rajd jakiś. Szukam sposobu, żeby Kuba ruszył zad i pojeździł z nami. Chyba trzeba będzie jakiś szantaż?

 

 

 

Wielka wojna człowieka z bestią

Jak co roku o tej porze rozpoczyna się wielka wojna człowieka z bestią.
Kiedy tylko człowiek usunie z przestrzeni wokół jaskini pozimowe złogi śmieci i ogólnego wszystkiego i zaczyna obsadzać rzeczoną przestrzeń kolejnymi roślinami z przymusu doniczkowymi, wtedy

wtem!

zaczynają pojawiać się one. Mrówcy. Najpierw wysyłają swoich zwiadowców. Zwiadowcy wydeptują ścieżki, badają, co w tym roku posadził Człowiek Dawca Upraw, obwąchują tereny ich łąk. A już za chwilę, za kilka dni – zaczną sprowadzać swoje dojne mszyce i lokować je na uprawach. A potem to już mrówcze dojarki będą przychodzić kilka razy dziennie siadać na zydelkach z wiadrami, mszyce będą wygryzać dziury w liściach, budzić obrzydzenie i ogólnie psuć UX balkoningu, człowiek będzie myć rośliny wodą pod sporym ciśnieniem i tak będziemy zmagać się ze sobą nawzajem aż do jesieni i kolejnego półrocza hibernacji stron.
Być może uda się zachęcić wędrowną armię biedronek do zwizytowania, obadania terenu i wsparcia człowieka w tej biologicznej wojnie na przetrwanie.

Człowiek wolałby nie wyciągać broni chemicznej na intruzów i poprzestać na konwencjonalnych, choć siłowych metodach rozwiązywania konfliktu, ale niewykluczone że być może zaprząc trzeba będzie najpotężniejsze serwery świata do udzielenia odpowiedzi na pytanie „czym, ach czym psikać mrówcze ścieżki, aby te zgłupiały i nie wiedziały, jak trafić do stodoły, albo też co otrzymasz, gdy pomnożysz sześć przez dziewięć.”

Wiszące ogrody

Jestem szalenie dumna z mojego ostatniego wykonu.

Było to tak. Najpierw koleżanka pokazała mi pewien obrazek (to było coś takiego, ale inne 😉 ) pomyślałam że nie no, bez sensu, zioła w szmacie. Ale ziarno zostało zasiane.

Bo wiecie, ja mam taki kawałek balkonu, na którym wszystko, co żyje wysycha na wiór, barierka nasłoneczniona od rana do późnego popołudnia. Wysychało mi tam absolutnie wszystko, co próbowałam uprawić, a nawet podlewane było.

I tak sobie pomyślałam, że jakby tak… na tej barierce… To by te biedne rośliny były przez czas najostrzejszego słońca osłonięte tkaniną. To raz. No ale przecież by ziemia wysychała na wiór. Chyba, żebym coś wymyśliła, co by tej ziemi pozwalało utrzymać wilgoć i co by nie uświniło ziemią otoczenia przy podlewaniu. Już tam że brudne by było to pikuś, pralka łyknie wszystko, ale głupio by było tak roślinom wypłukiwać ziemię.

Potem pomyślałam (dziecko stylistyki lat osiemdziesiątych oraz Dżynsów Tureckich  z Turcji) że z zielonym ładnie by wyglądał błękit indygo.

Kojarzycie? Te niebieskie dżinsy z zieloną nitką? No.

Potem przypomniałam sobie, że mam 2 pary dżinsów (już nie Tureckich z Turcji, zwykłych jakichś, z Turcji zapewne albo innego Bangladeszu) które poprzecierały się w sposób sugerujący nadmierne uwielbienie właścicieli do jeździectwa (czy Wam też się ZAWSZE przecierają w kroku?) czy innych sportów tartych.

Tak więc wzięłam 4 kieszenie (nie odpruwałam, wycięłam z korzeniami dookoła), jedną nogawkę. Nogawkę obszyłam, kieszenie przyszyłam, roślinki posadziłam we woreczkach. Atestowanych do kontaktu z żywnością, a co!

I mam.

Wygląda to tak:

I bardzo jestem ciekawa, czy przeżyje lato oraz planuję przenieść całość jesienią do domu.

Co sądzicie?

vertical herb garden

vertical herb garden

 

vertical herb garden

vertical herb garden

 

 

vertical herb garden

vertical herb garden

Oby nie było jak z tymi roślinami importowanymi do Australii

 

 

No mówiłam

Że tydzień będzie ciężki. Mówiłam. Nie dość, że ciężki, to rozciągnięty. Zmasowany atak 3 różnych zaraz trwał do przedwczoraj.

W międzyczasie uszyłam wiszący ogród, odkryłam uroki farby tablicowej, przeczytałam kilka książek, coś tam ugotowałam, coś obejrzałam, czekam na premierę Iron Mana III, rozliczyłam PITa, zainaugurowałam sezon rowerowy, ogarnęłam balkon. Czyli coś tam się działo.  Pisać! Pisać!

Na dziś w planach doblogowanie paru notek, wrzucenie zdjęć, szycie zestawu dla koleżanki z pracy, dobrze że leje. Kawa się dopiła, można iść dalej.