Podmiot przedmiot pomiot.

co-sleeping

co-sleeping

Zauważam pewne zasadnicze różnice programowe.

– Dzieci u nas śpią. Przykrywamy je kołderkami, zamykamy okna i śpią.

(Podusić je chcecie?!) – A to nasz się rozkopie, on nie lubi jak mu gorąco, można go nie przykrywać.

– My go przykryjemy.

– Nie rozumiemy się, on się rozkopie i tak, bo nie znosi gorąca.

– Zatem proszę mu przynieść śpiworek, to się nie rozkopie.

Obawiam się, że to może być dopiero wierzchołek góry lodowej i będzie to też właściwym określeniem temperatury uczuć między nami a nową, państwową, placówką dydaktyczną. Obawiam się i zaczynam się martwić.

Reklamy

Mój poranek

Niedzielny poranek – gdy, rozczochraną jeszcze będąc sączy się gorącą kawę ze spienionym mlekiem na zielonym, pachnącym ziołami i lawendą balkonie, usłyszeć można szczęk dziesiątek sztućców z wielu otwartych kuchennych okien, radio grające Claptona akustycznie, śmiechy. Na patio o tej porze dominuje aromat kawy, nuty kawowe przeplatają się z zapachem świeżego pieczywa. Ten z przeciwka co ma rower wyjechał na weekend. Palacze balkonowi z pierwszego jeszcze śpią. Pięknie im balkon obrósł, jak co roku. Plac zabaw jeszcze pusty. Słońce już grzeje, truskawki dojrzewają w oczach, samoloty nisko latają, nie zapowiada się na deszcz, co kilka minut któryś podchodzi do lądowania.

To jest ten moment. Ta chwila, kiedy protoplastuś wybywa po zakupy, progeniturek śpi twardo i jesteśmy tylko ja, moja kawa i książka.

truskawki na balkonie

truskawki na balkonie

A potem to już wiadomo, piski dzieci, odwieczny zapach niedzielnego rosołu, głośne kłótnie, szczekające z balkonów kundle, skwar i upał, mamo chodź, mamo daj, mamo zobacz.

malowanie

malowanie

 

Ale poranek jest tylko mój.

 

 

 

Dość szczucia, proszę

Mam coraz bardziej dotkliwe poczucie istnienia ogólnopolskiego medialnego szczucia grup rodaków na siebie nawzajem. Obecnie trwa nagonka piesi kontra rowerzyści na chodnikach i rowerzyści kontra piesi na drogach dla rowerów, nie zapominajmy o problemie rowerzystów na jezdniach. Dopiero co mieliśmy ogólnopolski problem z matkami małych dzieci kontra reszta świata. Trwa permanentna napuszczanka właścicieli psów na właścicieli dzieci i odwrotnie. Kolejne problemy – rowerzyści w metrze kontra wózki kontra pasażer pieszy. Ah, jeszcze psy na drogach rowerowych, nie zapominajmy o tym jakże istotnym społecznym problemie. Czasem mamy do czynienia ze szczuciem pacjentów na bezdusznych, niekompetentmnych lekarzy i lekarzy na głupich, roszczeniowych pacjentów. Mamy też wojnę o miejsca w przedszkolach rodziców w małżeństwach i rodziców udających samotnych. Takich mniejszych i większych medialnych wojenek mamy całe mnóstwo.

 

Mam wrażenie, że całe to szczucie sprawia, że jesteśmy coraz bardziej agresywnym narodem. A to medialne szczucie jest z jednej strony po prostu szalenie łatwe a z drugiej – wzmacnia istniejące status quo. Łatwo jest napisać kolejny list czy artykuł pod tytułem ‚mam frustracje i wkurza mnie tu-wstaw-dowolną-grupę’ i zebrać ogromną grupę ogólnie wściekłych, którzy skanalizują swoją agresję na tych aktualnie szczutych a na pewno łatwiej, niż znaleźć przyczynę problemu i dołożyć starań, żeby ją wyeliminować. Atakowani szczuci zaczynają się bronić – albo tłumaczą, że przecież nie wszyscy przejawiają te opisywane aspołeczne zachowania, albo odbijają piłeczkę na zasadzie a u was biją murzynów. I naparzanka trwa, radośnie zataczając coraz szersze kręgi coraz bardziej wściekłych, przekonanych o swojej racji, ludzi. A tymczasem oś problemu pozostaje nietknięta. Bo przecież te problemy są, istnieją i są dotkliwe.

Tak, jest problemem  nieadekwatna do liczby aut i rowerów powierzchnia dróg i dróg dla rowerów. Są problemem krzywe chodniki. Jest problemem ciasnota w komunikacji publicznej. Problemem jest brak miejsc w przedszkolach. Problemem jest brak środków na leczenie pacjentów z jednej strony i marnotrawienie ich na niepotrzebną biurokrację bądź niegospodarność z drugiej. Nad tym trzeba się pochylać i tam szukać rozwiązań. Nie nad tym, że piesi wyłażą na ścieżki, że baby z wózkami czy królewicze na rowerach żądają dla siebie miejsca w przestrzeni publicznej, a  zatem należy ich tępić, karać, łajać, a nad tym, że oni to my, że my wszyscy mamy swoje prawa. Państwo powinno dbać o to, żeby mieszkańcom było w nim jak najlepiej. A tymczasem ludzie umierają z powodu zbrodniczych procedur biurokratycznych, więc to pośród tych, którzy za nie odpowiadaja należy szukać rozwiązania problemu, nie pośród innych pacjentów czekających w naszej kolejce na niedostępne badania czy zabiegi.

Jeśli zorientujemy się, że wszyscy rodzice stoją po tej samej stronie barykady, może się też okazać, że zamiast wydrapywac sobie oczy pod tytułem ‚mnie się bardziej należy przedszkole publiczne’ mogliby zacząć żądać powstania miejsc przedszkolnych dla wszystkich dzieci. W końcu wszyscy płacimy podatki.

Jeśliby się okazało że wszyscy użytkownicy dróg stoją ramię w ramię zamiast naprzeciwko siebie z pianą na pyskach, mogłoby się okazać, że domagaja się natychmiastowego poprawienia warunków na drogach, uwzględniającego potrzeby wszystkich uczestników ruchu drogowego. Że nie jest akceptowalnym przez społeczeństwo rozwiązaniem ściganie ludzi usiłujących  przetrwać na ulicach, a zapewnienie im możliwości poruszania się po drogach w najbardziej optymalny dla siebie i społeczeństwa sposób.

Jeśli się okaże, że i pacjenci i lekarze nie zgadzają się na bylejakość, na niewłaściwe procedury, na pozorne leczenie, na czekanie na proste badania po pół roku – może się okazać, że i płatnicy składek i pracownicy służby zdrowia zaczynają wymagać razem.

Bo problemem nie jest cham na drodze czy wredna baba, czyli współobywatel, problemem jest stworzona struktura władzy, która ewidentnie nie dowozi, nie pracuje na rzecz obywatela, a raczej na własną rzecz i korzyść.

Nie ma sensu, drodzy rodacy, spalać się i wściekać na siebie nawzajem. To nie tu należy kierować wściekłość. Wylezie ci, sąsiedzie, emerytka z cziłałą na drogę dla rowerów – zwolnij, omiń, poproś o zejście; kluczy obok rowerzysta na chodniku – ustąp mu, nic ci się nie stanie, jak się przesuniesz o pół metra, wymagaj od siebie kultury i miej życzliwość wobec innych ofiar życia w tym nieprzyjaznym państwie. Powiedzmy wreszcie wszyscy dość szczuciu i zacznijmy współpracować, zacznijmy rozwiązywać problemy zamiast wyżywać się na sobie nawzajem, a być może uda nam się przetrwać.

 

Uzależniony umysł, współuzależniony umysł

Babcia mojego syna ma pewien wstydliwy sekret. Mianowicie pali. Pali dużo, od wielu lat i nie może rzucić. Kaszle potwornie, krępuje ją ten nałóg. Wstydzi się go przed wnukiem.

U nas w domu się nie pali. Ostatecznie, jak już ktoś musi, wychodzi się na balkon i kopci się tam, ku mojemu zażenowaniu zresztą, bo nie cierpię zanieczyszczać przestrzeni publicznej ani przedmiotami namacalnymi, czyli śmieciami bądź odpadami biologicznymi ani hałasem, dymem czy smrodem.

Zatem moja mama cichcem wychodziła tup tup na balkon. A dziecko pyta mamo, gdzie babcia idzie? A po co? A co to?

Zgodnie z prawdą odpowiadałam, że na balkon i że zapalić papierosa  i że niedopałek.

Oj, mówi moja mama, oj, ale nie mówcie mu tego. Nie mówcie mu, że babcia pali.

Przed każdym wyjazdem jestem pouczana w dziedzinie wychowania progeniturka, zwykle pouczenie przyjmuje jeden motyw przewodni. Czasem jest to zbyt lekkie przyodzianie, czasem konieczność dbania o właściwe odżywianie potomka. Ostatnia wizyta zaowocowała pouczanką o konieczności traktowania dziecka serio i odpowiadania mu na pytania szczerze oraz wyczerpująco.

Czy tylko ja zauważam tu pewną sprzeczność deklaracji z postępowaniem?

Babcia, wychodząc zapalić, oczekiwała, że jej rodzina będzie okłamywała jej ukochanego wnuka w celu ochrony jej wizerunku. Że wszyscy dookoła zatańczymy taniec wokół jej uzależnienia i będziemy opowiadać o wychodzeniu na świeże powietrze, że będziemy odwracać uwagę i w podobne sposoby ignorować różowego słonia stojącego na środku pokoju.

Podejrzewam, że jeszcze kilka lat temu weszłabym w tę grę jak nóż w masło. Naturalne dla mnie było krycie mamy, udawanie że wszystko jest ok. Nagle jednak, ku ogromnemu zdziwieniu mojej mamy, okazało się, że nikt tu jej kryć nie zamierza i jej nałóg to jej sprawa i odpowiedzialność. I jeśli nie chce, żeby wnuk widział w niej osobę uzależnioną, palaczkę, to ona musi się z tym zmierzyć. Rzucić, bądź nauczyć się tłumaczyć dociekliwemu przedszkolakowi ze swojego problemu.

Bo przecież moja mama uważa, że należy dziecku tłumaczyć i odpowiadać. Tylko mam niejasne podejrzenie, że owszem, ale z wyjątkiem spraw brzydkich, takich jak nałogi. Czyli wstydliwych.

A może ja rzeczywiście nie powinnam mówić dziecku że babcia pali? Albo może powinnam bezwzględnie zabronić palenia tak w domu, jak i na balkonie? Ale czy to nie byłoby zamiatanie problemu pod dywan i udawanie, że wszystko jest w porządku?