Gry i zabawy

Może i nie są najpiękniejszymi zabawkami świata, ale dziś syn mój, lat 2,5 świeżo skończone, bawił się nimi ze mną ponad godzinę.

Sam, z własnej inicjatywy przyniósł dla mnie Kotka, dla siebie Misia (Króliczek chyba zapadł się pod ziemię ze wstydu). I chodziliśmy na plac zabaw żeby bawić i zjeżdżać, na zakupy, chodziliśmy szukać skarbu, chodziliśmy do Panamy, łowiliśmy ryby, kładliśmy się spać i wstawaliśmy, odwiedzaliśmy się w domkach i częstowaliśmy herbatką i kawą, prowadziliśmy bardzo długie rozmowy o przyjaźni i uczuciach ‚tata nie przyszedł i misiowi przyklo’ , ‚jesteś choly kotku, ale ja ciebie wylecze’ itp.

I to wszystko bez udziału żadnych rekwizytów, oprócz wyobraźni.

Jestem szalenie dumna z synka, który to wszystko ma. I z siebie, że potrafiłam mu to dać.

Chcę o tym pamiętać. Dziecko, jak widać, nie musi mieć najdroższych zabawek świata, wszystkorobiących, głośnomówiących grajków i świecidełek. Wystarczy kawał spranego dżinsu z naklejonymi oczami i rodzic, który zechce animować partnera w zabawie.

I dlatego uszyję mu kolejne zabawki. I kolejne. Dopóki będzie chciał się nimi bawić.

Jak tylko znajdę chwilę.

 

 

 

Jak nie należy szyć króliczka

Do rodziny potworków pacynków doszedł kuzyn króliczek.
Króliczek miał mieć długie uszy, którymi można machać będąc króliczkiem.
Zupełnie nie wiem, jak to się stało, ale króliczek okazał się być wyzwaniem które mnie przerosło. Najpierw przyszyłam mu uszy do jednej części. Potem przy zszywaniu przodu z tyłem okazało się, że te uszy przyszyłam na lewą stronę. Tak więc króliczkowi groziło posiadanie imponującego ucha wewnętrznego w ilości sztuk dwóch oraz kompletny brak widocznych, machalnych* małżowin, które, jak wiadomo, definiują króliczka razem z puchatym ogonkiem (o którym zresztą zupełnie zapomniałam). Okazało się to już po obszyciu 75% króliczka. Sprułam. Wywróciłam uszy na prawą stronę, zaczęłam szyć. Obszyłam ponownie 75%, gdy wtem! TKNĘŁO mnie. Otóż. Tym razem uszy przyszyłam biednemu króliczkowi do boczków. Tak więc sprułam gadzinę ponownie. Przytrzymałam niesforne uszy, obszyłam krawędzie. Wywracam na prawą stronę i co się okazuje? Króliczek od początku konstrukcyjnie był pomyłką, gdyż wyszedł za chudy, żeby wejść na luzie na moją dłoń zdradzającą rolnika w genach sprzed 4 pokoleń, dzięki prapraprababciu za wybory życiowe, a trzeba było wyjść za mieszczanina, jak matuś kazali, ale zbaczam. A jak już wszedł – te łapki jakoś bez sensu i niewygodnie, te uszy jakoś tak dziwnie. No ogólnie króliczek nie daje rady.
Może nie chodzi o to, by uszyć króliczka, ale by gonić go?

A z innej beczki – w Lidlu dziś zestawy krawieckie – komplet nici, nożyczki, szpilki, rzepy, agrafki – czyli wszystko to, czego jeszcze się nie dorobiłam – w jednym pudełku. Za niecałe 23 zeta.
Miło.

*machalność – możliwość bycia machanym.

Miś – pacynka z rodziny Paskudów

Stado pacynek rozrasta się w zawrotnym tempie jeden na tydzień. Mamy już Kotka-Paskudka, a dziś dołączył do niego Misiu. Misiu urodą dorównuje starszemu bratu, ale udało mi się okiełznać w maszynie temat plączących się nitek (źle ustawiona maszyna była).

Misiek pacynka

Udało mi się też przeorać maszyną moją starą i lubianą ale prującą się dzianinową bluzkę oraz naszyć synu aplikację na torebkę na zakupy.

Co robię źle?

1. Szyję za blisko krawędzi, przez co w niektórych miejscach szycie się rozłazi

2. Nadal jeszcze szyję po prostu krzywo 😀

Ale jak już Kajtek uzbiera całe stado dżinsowych (zaraz mi się stare porty Kuby skończą… Hm hm hm) paskudów, to już ostatni z rodu powinny wychodzić jak spod, nomen omen, igły.

 

Tak czy inaczej, synu jest zachwycony nowymi nabytkami, bawimy się w rozmowy między dwoma kolegami. Dwulatek opowiadający pacynce z przejęciem o swoich odkryciach dnia jest dość uroczym stworzeniem, nie da się ukryć.

 

 

Pierwsza pacynka dla Kajtka

Prewencja to podstawa. Przeciwdziałając przywożeniu przez mamę kolejnego metra sześciennego zabawki grającej, świecącej, niewyłaczalnej i zajmującej miejsce, którego nie mamy, poprosiłam ją, by przyjeżdżając na święta przywiozła mi swoją starą maszynę do szycia.

Jako osoba biegła w szyciu, która uszyła 5 powłoczek na poduszki jedynie 15 20 (kiedy? kiedy to zleciało?!) stwierdziłam, że co mi tam, ja nie uszyję? Jeszcze nie wiem, czego, ale coś się wymyśli.

Zatem przyjechała mama, przyjechała maszyna, plan się udał, pojechała mama, maszyna została.

zdjęłam pokrowiec. Popatrzyłam na nią. Ona popatrzyła na mnie. Siadłam do komputera i zaczęłam googlać instrukcję nawlekania. Znalazłam.

Nawlekłam.

Sprawdziłam.

Odwlekłam. Sprawdziłam. Nawlekłam ponownie.

Poszło.

Wzięłam stare dżinsy Kuby.

Wzięłam internet. Co za cudny, cudny blog! Jeszcze z 10 lat codziennego szycia i też tak będę umiała.

I jedyne 6 godzin późnej mogę się pochwalić pierwszym dziełem.

Jest krzywy. Po spodniej stronie kłęby się nić. Jest nieforemny i ma wyraz twarzy wioskowego głupka. Ale jestem z niego dumna i miałam fun.

Image